Killzone: Liberation – recenzja

Spodobała ci się seria Killzone? Szukasz kontynuacji pierwszej części lub którejkolwiek, w którą można zagrać na konsolach mobilnych? W tej recenzji odpowiem czy warto się zainteresować Killzone: Liberation.

Pierwsza część wprowadza gracza w wojnę pomiędzy ISA a Helghastami. W Killzone: Liberation zdecydowałem się wesprzeć ISA i okazało się, że przyjdzie mi grać poznanym w pierwszej części kapitanem Janem Templarem. Nie jest to pierwszoosobowa strzelanka. W tej części twórcy zdecydowali się na rzut izometryczny. Osobiście mam mieszane uczucia. Nie tego się spodziewałem po tej serii. Takie ustawienie kamery sprawia, że czasami nasi przeciwnicy znikają za jakimś elementem otoczenia i niewiele możemy z tym zrobić.

Rzut izometryczny w grze Killzone Liberation
Killzone: Liberation to jedyna część serii, w której twórcy zdecydowali się na rzut izometryczny

Skupmy się na kampanii

Killzone: Liberation daje graczowi większy wpływ na pozostałych członków drużyny niż miało to miejsce w pierwszej części. Dostępne są dwa rozkazy. Pierwszy z nich nakazuje przejście do wskazanego obszaru (którego używałem do pozostawienia kompana z tyłu, aby nie zginął bo niekoniecznie unikał wrogiego ostrzału). Drugim rozkazem jest eskortowanie postaci gracza.

Tryb wydawania rozkazów grze Killzone Liberation
W tej części mamy większy wpływ na swoją drużynę niż w poprzedniej ze względu na tryb wydawania rozkazów

Misje nie są zbyt rozbudowane fabularnie. Paradoksalnie najwięcej o wojnie dowiadywałem się podczas ekranów ładowania ze statycznego tekstu. Same misje są stosunkowo długie. Mimo że Killzone: Liberation jest dedykowana na konsole mobilne, to niestety nie da się do niej usiąść “na chwilę”. Grę ukończyłem, ale zajęło mi to sporo czasu. Na początku misje nie szły tak źle, ale nie grałem w podróży, tylko siedząc wygodnie w fotelu, gdy nikt mi nie przeszkadzał. A skoro ktoś planuje pograć dłużej, to czemu nie przed dużym ekranem, na mocniejszym sprzęcie i w lepszej jakości?

Statyczny tekst podczas ekranów ładowania
Najwięcej o wojnie pomiędzy ISA a Helghastami można było się dowiedzieć podczas ekranów ładowania ze statycznego tekstu

Misje nie należą do najprostszych, a bez wykorzystywania otrzymywanych wskazówek stają się one niemożliwe do ukończenia. I tak wracając po paru dniach przerwy, przez długi czas nie byłem w stanie pokonać mechanicznego przeciwnika, ponieważ kluczowe było wykorzystanie pewnej kombinacji przycisków.

Jakieś urozmaicenie jest… Ale czy dopracowane?

Pojawiają się elementy, które mają urozmaicać rozgrywkę, jak np. sterowanie łodzią czy plecak odrzutowy. Problem tkwi w tym, że takim plecakiem można podlecieć tylko tam, gdzie twórcy na to pozwolili. Rozumiem ograniczanie mocy, aby nie było możliwe pominięcie jakiegoś etapu, ale górka do wysokości kolan to już przesada.

Z czasem masz możliwość kupowania coraz lepszych broni za zarobione Vektańskie Dolary. Są jednak dość drogie. Na szczęście twórcy pozwalają tymczasowo z nich korzystać w poszczególnych misjach. A gdy ostatecznie na nie uzbierasz, to niewiele zyskasz bo serwery do gry sieciowej zostały już wyłączone. W trakcie kampanii otrzymałem nawet dodatkowe postacie, których nie mogę wykorzystać.

Odblokowanie nowej postaci do trybu wieloosobowego
Wciąż możesz zagrać w Killzone: Liberation w trybie dla jednego gracza, ale serwery do gry online zostały już wyłączone

To jest ta sztuczna inteligencja?

W przeciwieństwie do pierwszej części serii, tutaj zachowanie przeciwników jest w pełni przewidywalne i szybko można nauczyć się ich schematów działania. Wprawdzie chowają się za przeszkodami w razie potrzeby, ale wystarczy dobrze się ustawić i tylko czekać aż posłusznie się wystawią. Najtrudniej jest walczyć z przeciwnikami używającymi samonamierzających rakiet bo właściwie niewiele trzeba, aby od nich zginąć. Tacy wrogowie mogą stać w miejscu a i tak stwarzają problemy.

Rakieta z automatycznym namierzaniem
Walka z przeciwnikami używającymi rakiet z automatycznym namierzaniem bywa irytująca, ponieważ można od nich zginąć, jeszcze zanim zobaczymy ich na ekranie

Gra wygląda kiepsko

Graficznie oceniam tę grę dość słabo. Od razu przypominała mi uruchamianie na aktualnym sprzęcie polskiej produkcji – Gorky 17, która miała swoją premierę na PC-tach w 1999 roku. Zdaję sobie sprawę, że porównuję grę na PC z grą na konsole mobilne. Spodziewałbym się jednak zdecydowanie lepszej jakości na platformę dedykowaną do gier. Na większych przestrzeniach widać mocną kompresję tekstur. Otoczenie też nie jest zbyt rozbudowane. Niestety gra kiepsko prezentuje się na większych ekranach. Mimo tego dostępna jest nie tylko na PSP, ale także na PS Vita i PlayStation TV.

Kiepska jakość grafiki
Killzone: Liberation graficznie prezentuje się kiepsko w najbardziej ekstremalnej sytuacji – na telewizorze za pośrednictwem PS TV

To co mnie zszokowało, to problemy z odtwarzaniem filmików. Nawet w przypadku intro widać problemy z synchronizacją. Do tego nie oddaje ono w ogóle stylu gry.

Polska wersja językowa?

Gra dostępna jest w polskiej wersji językowej (wraz z dubbingiem). Zdarza się jednak, że pewne kwestie są urwane. Nie wiem czy są przerywane, gdy tylko trwałyby dłużej niż w wersji angielskiej, ale brzmi to co najmniej dziwnie. W tej części też (i tylko w tej) w polskiej wersji zdecydowano się na inną wymowę nazwy ISA.

Mam też zastrzeżenia do napisów. Nie w każdym menu są one przetłumaczone. Do tego literówka pojawia się już w menu głównym. Poza tym polskie znaki wyglądają w wielu przypadkach jak dołożone na szybko do czcionki zawierającej jedynie znaki angielskie.

Literówka w menu głównym
W jaki sposób literówka w menu głównym pozostała niepoprawiona do dzisiaj?

Gra wyszła pierwotnie jedynie na PSP, więc trofea również nie są w niej dostępne.

Podsumowanie

Podsumowując, Killzone: Liberation nie zachwyca, biorąc pod uwagę jakie są dzisiaj alternatywy na rynku. Myślę, że zainteresuje jedynie najbardziej zagorzałych fanów serii. Jak już wspomniałem, najwięcej nt. fabuły można się dowiedzieć ze statycznego tekstu na ekranach ładowania, więc tak naprawdę niewiele tracisz, jeżeli tę część serii po prostu pominiesz.

Zobacz też

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.